Feed on
Wpisy
Komentarze

inteligent

Trudno opisać jak bardzo ich nienawidził. Teraz czuł to wyraźnie. Czuł ten ogromny, niewyjaśniony żal. Do wszystkich, którzy sprawili, że uwierzył w siebie. Uwierzył, że jest wystarczająco DOBRY w tym co robi.

Nie stało się to tak z dnia na dzień. Dosyć długo bronił się przed słowami życzliwych mu ludzi. Nie wierzył im i miał się z tym dobrze. Miał wystarczającą motywację do ciągłej pracy nad sobą, do zaciskania zębów i mierzenia się z kolejnymi zadaniami. Robił to tylko dla własnej, tajemnej przyjemności. Nie potrzebował pochwał, czy też nagród. Wystarczała mu świadomość samodoskonalenia. To ona dodawała mu skrzydeł. Robił to, co kochał, próbował wszystkiego po trochu i opanowanie tego choćby w podstawowym stopniu nie sprawiało mu trudności. Nie robił sobie nic z niepowodzeń. To trochę dziwne, ale zupełnie się nimi nie przejmował. Można by pomyśleć, że pozbawiony był ambicji, że robił to wszystko dla siebie. Imponował im, więc go chwalili. Uważali go nie tylko za świetnego w tym co robi, ale również za wspaniałego, wartościowego człowieka. Nie kryli tego przed nim i to go zgubiło. Zaczął wierzyć.

Nie można tej wiary w siebie nazwać pychą. Był raczej skromny, choć wielu w jego sytuacji zachowywało się zupełnie inaczej. Po prostu zaczął wierzyć w siebie. Wierzyć, że to co robi, może mu zapewnić godziwą przyszłość, że nie będzie miał problemów ze znalezieniem pracy, utrzymaniem rodziny. Tak! Nawet zaczął myśleć o rodzinie, choć nigdy nie wpisywał jej do swoich planów na przyszłość. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie…

-Słuchaj! A kim ty masz zamiar być? Co będziesz robił, kiedy się ustatkujesz?

To pytanie pojawiło się w jego życiu odrobinę za późno. Jego szereg umiejętności, mimo że atrakcyjnych, nie pozwalał mu prowadzić statecznego życia. Nie mógł być prawnikiem, ekonomem, handlowcem, lekarzem. Nie nadawał się nawet na sprzedawcę hamburgerów… To pytanie uświadomiło mu, że jest raczej nikim… że nie założy rodziny, bo nie jest w stanie znieść świadomości, że mógłby jej nie utrzymać. Zdał sobie sprawę, że do końca życia będzie w biegu. Że nigdzie nie zagrzeje miejsca. Że będzie to robił za marne pieniądze…
Nie zdawał sobie wcześniej sprawy z tego, jak ważna dla niego jest kasa. Wiecznie na garnuszku rodziców nie musiał się martwić o pieniądze. Po drodze załapał się też na jakieś stypendium, więc do tej pory żył raczej godziwie. Niczego mu nie brakowało…

I nagle go oświeciło. Znalazł drogę i sposób na rozwiązanie problemów, wyładowanie frustracji…

Został mordercą.

Prawda broni się sama…

Bo właściwie to nic złego. Komercja jest rzeczą normalną, z którą społeczeństwo przeszło już do porządku dziennego. Mamy ją wszędzie wokół, wiec skąd ten sprzeciw?

Non omne, quod nitet…

Jednak to „wokół” nie oddaje wszystkiego. Dużo łatwiej odgrodzić się od niej, kiedy nas ona nie dotyczy. Kiedy jest obok, kiedy możemy odwrócić wzrok i zająć się swoimi sprawami. Sytuacja nieco się komplikuje, kiedy „komercha” staje nam na drodze do spełniania naszych marzeń. Kiedy jest bramą, przez którą trzeba przejść, by osiągnąć cel. Dopiero wtedy rodzą się problemy. Od tych błachych, dotyczących robienia rzeczy, których nie lubimy, po te istotniejsze, uwzględniające nasz brak umiejętności „sprzedania się”. Dokonanie wyboru dalszej trasy to niesamowita męka moralna dla każdego wartościowego człowieka. Bo z jednej strony pieniążki kuszą, kuszą, a z drugiej gryzie sumienie. Bo z jednej strony jest łatwo, a z drugiej trzeba będzie się męczyć. Taka ocena sytuacji doprowadza wielu do wniosku, że warto się sprzedać. Łatwa korzyść materialna i perspektywa takiego życia wygląda dosyć obiecująco. A jeśli przy okazji sobie obiecamy, ze kiedy „się ustawimy” i zdobędziemy pewien „prestiż”, to zaczniemy robić to, czego chcieliśmy, przestajemy mieć wątpliwości. I w ten sposób rodzą się „Rubikowi”,„Feelowi”, „serialowi”, „castingowi”, jednym słowem „popkulturowi” gracze. I nakręcają rynek. I wszyscy są zadowoleni. W takim wypadku po co wracać do marzeń, skoro ich niespełnienie przyniosło tak ogromne korzyści? I nie wrócą. Bo kiedy będą mogli- nie będą chcieli, a kiedy będą chcieli- będzie już za późno. I zginą pożarci przez marketing.

Obserwujemy tę sytuację nieraz. Ona też jest codziennością. Społeczne, niewiele wymagające gusty, zadowalają się tylko próbkami i nie pozwalają istnieć dłużej. Inteligentny i poważny odbiorca, już na starcie sięgnie na tę drugą półkę. Wybierze tego, który się nie sprzedał i pozostanie mu wierny na długo. Bo wie, ile wymagało to od niego pracy, ile wyrzeczeń. Bo wie, że jego przekaz jest szczery i niesplamiony. Bo ten drugi jest prawdziwy. A zresztą- jak w tytule.

…aurum est.

Z dedykacją dla wszystkich, których sytuacja zmusiła do dokonania błędnego wyboru.

Małe miasteczka. Te na uboczu, odsunięte od zgiełku cywilizacji. Które, w dobie przemysłu, stały się miejscem odpoczynku i zamieszkania pracowników fizycznych. Hutników, górników, chroniących się tu przed hałasem fabryk i gorącem hut.

Małe miasteczka, które wypracowały swoje własne struktury, swoje rozrywki kulturalne. W których (pozornie) mało co mogło się rozwinąć. Które żyją swoim własnym, spokojnym, prostym życiem. Gdzie wychodząc na ulicę dość szybko można spotkać kogoś znajomego. Gdzie nie ma obcych twarzy.
Małe miasteczka, w których tylko marzenie o rozwoju, potędze. Których mieszkańcy rzadko zanurzają się w odmęty świata wokół.

I kiedy my, przyzwyczajeni do spokoju tych małych miasteczek, musimy zetknąć się z ogromem dużych miast, wtedy jakoś tak nieprzyjemnie. Przerost, przeładowanie. Czujemy się zagubieni i maleńcy w mieście, które chce nas pożreć. Gryzie nas w nozdrza spalinowa mieszanka, zwana przez ludność autochtoniczną „powietrzem”. Denerwuje wszechobecny hałas i pęd. Straszą chodniki pełne ludzi bez celu i wyrazu. Gnających bezmyślnie przed siebie. Odrzuca perspektywa pobytu tam dłużej.

Szkoda, że tak łatwo przywyknąć. Że po pewnym czasie nie zauważamy już tych różnic. Zwłaszcza, kiedy większość czasu spędzamy tam, z dala od rodzinnego miasteczka. Bo miasto faktycznie pożera. Wciąga w swój rytm, uzależnia… Nawet nie wiemy, kiedy stajemy się jego częścią? Maleńkim trybikiem w ogromnej machinie. Łączymy się z miastem tworząc nierozerwalną strukturę, spajamy się z nim, wrastamy w nie.

I dopiero podczas wolnej chwili, podczas samotnego spaceru wieczorem w małym miasteczku, wraca świadomość…

Kiedy przychodzi wreszcie ulga…

Zadanie wypełnione. Polały się łzy, ktoś się wzruszył, może zamyślił. I o to chodziło! Cudowne jest poczucie wypełnionej misji. Cudowne, choć okupione niebywałym cierpieniem i ciężką pracą. Cudowne, bo człowiek czuje, że coś znaczy, że jest czymś więcej, że „to przemijanie ma sens”!

Tak. Ostatni spektakl jest niezbitym dowodem na to, że „aktorstwo to: krew, pot i łzy”.

Ja chcę jeszcze raz!!!

“Teatr, uczy nas żyć…”

27 marca 2008- 06 kwietnia 2008r.

praca, praca, praca.

Trzy spektakle…

dwa już za mną- pozostał najtrudniejszy.

(Bo nowy… bo niezwykły, bo wyczerpujący, bo najważniejszy do tej pory, bo wypełniony ogromem zaufania mojej osobie, bo dla Papy…)

Carpe… Carpe Diem!!!

Trzymam się jeszcze. Moze nawet trochę pośpię…

a potem jeszcze koncerty, konkursy i nadrabianie zaległości.

a to Polska właśnie…

Na mojej drodze (myśli) stanęła kolejna debata. Wypowiem się. Czemu nie?
Pytają o sposób na niebezpiecznych kierowców. Kogo pytają? Czyż nie ich samych. Mimo, że to początek dyskusji dopiero, mam już swoje przypuszczenia na temat tego, jak będzie wyglądała ona pod koniec… Logika?

„jeżdżę szybko, bo mi się spieszy. Gdybym jechał zgodnie ze znakami, to teraz bylibyśmy 50 km do tyłu…”

Znam to… bardzo dobrze znam… tak jak historię kilku chłopaków, którzy razu pewnego postanowili wybrać się do sklepu. Nie jechali szybko, tylko niesprzyjająca aura (prawdopodobnie) nieco utrudniła im drogę. Efektem były kolejne zajęte miejsca na cmentarzu…płacz rodziców i rodzeństwa. Nie jechali szybko…

Moim zdaniem problem polskich kierowców nie sprowadza się tylko do alkoholu, czy nadmiernej prędkości. Jest to dużo bardziej rozbudowana kwestia, wynikająca być może z kilku narodowych cech (Tak, wiem, że pociąg do alkoholu jest uznawany za jedną z takich cech. Dlatego nie wykluczam problemu kierowców „po spożyciu” na drogach, tylko go pomijam.). Przecież niewiele narodów świata może poszczycić się takim chamstwem i brakiem kultury osób prowadzących pojazdy mechaniczne. Dlaczego kierowca, zatrzymujący się przed przejściem dla pieszych, najczęściej ma zagraniczną rejestrację, lub jest kobietą(kieruję tu ukłony w stronę pań, których mocniej rozwinięta empatia każe im zlitować się nad losem biednego pieszego)? Ciekawy jest też fakt przyspieszania na widok pieszego na pasach. Naprawdę interesujące przyciąganie…

Piractwo na polskich drogach ma wyraźnie egoistyczne podłoże. „Jadę i nikt inny mnie nie obchodzi” jest domeną wielu polskich kierowców. Zbyt wielu. Nieraz prowadzący pojazd ma klapki na oczach i nie obserwuje tego, co się dzieje. A na drodze trzeba myśleć nie tylko za siebie, ale także za innych. Warunek to trudny do wykonania, zwłaszcza dla „statystycznego Polaka”. A może przesadzam w tym piętnowaniu negatywnych, polskich cech? Może te zachowania na drodze są spowodowane zwyczajną nadzieją? Nadzieją na to, że może się uda. Że zdążę, że inny kierowca domyśli się, co chcę zrobić i odpowiednio zareaguję. Że inni myślą za mnie, bo skoro jeden myśli za siebie i za innych, to właściwie ci inni myśleć nie muszą…

W konsekwencji- nie myśli nikt. Stąd może te wypadki. Spowodowane zwykłą bezmyślnością, egoizmem, bądź- jak wskazują nam statystyki- nieznajomością przepisów! Trochę wstyd panowie kierowcy. Trochę wstyd, zważając na to ilu młodych „oblewa” egzaminy na prawo jazdy.
Swoja drogą, biorąc pod uwagę fakt, jak ciężko od pewnego czasu zdać taki egzamin w naszym kraju(nie mówię tu o zdawaniu „z kopertą”), można wróżyć polskim drogom lata odnowy. Bo chyba można mieć pewność, że egzaminy na prawo jazdy odbywają się rzetelnie i uczciwie, a młodzi kierowy typowani są z grona tych najlepszych? (Nie jestem zbyt naiwny?) A jeśli kierowcy będą dobrzy, to i może rozsądniejsi…
Podobno w kraju coraz częstsze są inicjatywy dotyczące instalacji fotoradarów. Podobno ma być ich coraz więcej i mają skutecznie powstrzymać kierowców od zbyt szybkiej jazdy. Czy się sprawdzą- czas pokaże. We Francji się sprawdziły… Jednak jak mawiał Napoleon „Polak przeskoczy…”

Co do alkoholu, to w Polsce pomogłaby tylko ustawa o prohibicji, a i to nie jest takie pewne…

Tradycja???

pierwsze podejście nieco nieudane. cóż… wyraźnie wyszedłem z wprawy, aczkolwiek nie poddaję się.

Older Posts »