Fotografem nie jestem. Wszelkie moje doświadczenia z tą formą sztuki, sprowadzają się do uczestnictwa w jednodniowych warsztatach (w dosyć odległej przeszłości’), oraz do w miarę regularnego i w miarę czynnego oglądania dzieł, które akurat wpadły mi w rękę.
Swoją drogą podobnie jest z malarstwem, rzeźbą, czy też innymi dziedzinami sztuki, mogącymi mieć cokolwiek wspólnego z ASP, ale nie o tym…
Bo chyba nie każdy powinien robić zdjęcia. I nie mam na myśli profesjonalnej fotografii. Od dawna wiadomo, że jest to zajęcie wymagające nie tylko pewnej wrażliwości artystycznej, ale także swoistej ’smykałki’ do tegoż. Co udowadniane jest nam coraz częściej, zważając na rosnącą popularność tego zajęcia i podpieranie go publikacjami owoców pracy w sieci, organizowanymi konkursami, czy wystawami… Do rzeczy.
Wydawać by się mogło, że fotografia, albo raczej robienie zdjęć, które ma na celu jedynie udokumentowanie pewnych faktów- uwiecznienie widzianych rzeczy ‘dla siebie’ z ewentualną możliwością podzielenia się z innymi- jest czymś banalnie prostym i nie wymaga umiejętności bardziej wysublimowanych niż naciśnięcie spustu. Otóż, bardzo zdziwić się może ktoś, kto myśli w ten sposób. Okazuje się, że i do tego trzeba mieć choć odrobinę zmysłu, bo w niektórych przypadkach nawet najwspanialszy aparat niewiele może zdziałać, a drżąca ręka nie jest- jak mogło by się wydawać- największym problemem. I otrzymujemy papkę, na której nic nie widać, a która ma nam coś powiedzieć o fotografowanym obiekcie.
Pół biedy, jeśli takie zdjęcia trafiają do naszego prywatnego albumu i możemy do nich wracać, kiedy chcemy (lub wcale nie wracać). Gorzej, jeśli mają być one upublicznione. Zastosowane jako dokumentacja pewnych zdarzeń. Wtedy nie do końca wiadomo, kto powinien się wstydzić…
Inspirowane dwoma zupełnie odmiennymi spojrzeniami na pewne wydarzenie, czynionymi podobnym sprzętem, lecz zupełnie niepodobnym okiem.
Liczba dwa jest tutaj bardzo ważna i ratuje niektórym życie ( a przynajmniej zakończenie pleców).