Czasem wystarczy mały drobiazg. Mały drobiazg, który pozwoli spojrzeć na świat nieco inaczej.
Oświetliłem swój pokój świecami i znalazłem się w zupełnie odmiennym miejscu. Na ścianach migotały odblaski płomyków, nad półkami roztaczały się maleńkie łuny, przedzierające się przez mrok nocy. To była wyjątkowa odmiana.

Być może odkrycie kilku takich drobiazgów, ich ciągłe odkrywanie, szukanie z pasją, spowodowałoby lekkie rozluźnienie nastrojów i codziennej atmosfery. Może maleńkie rzeczy są w stanie z powodzeniem zastąpić przygniatające swym monumentalizmem kinowe ekrany, ogłupiające barwami wystawy sklepów, hałaśliwe dyskoteki? Może takie poszukiwanie drobnostek ma w sobie wystarczającą ilość egzotyki, szczyptę nowości, nutę zastanowienia, która z powodzeniem zabarwi szarą codzienność?

Może warto cieszyć się z rzeczy małych, z maleńkich zmian?

W kontakcie z różnymi formami sztuki ulicznej, wypadło mi zatrzymać się przed rodzajem happeningowego street-artu, a szczególnie, przed jednym tego typu dziełem. Zwróciło ono moją uwagę bardzo bezpośrednim wyrażaniem opinii i demaskowaniem świata mediów. Były tam parafrazy popularnych haseł reklamowych, były groteskowe przedstawienia medialnych postaci, były ciemne kolory, odniesienia do Zaświatów. Była obnażona obłuda i brud.

Wydaje się, że dobrze się stało. Dobrze, że ktoś ma odwagę na bunt wobec kultury, która bardzo mocno zakorzeniła się w społecznej świadomości i którą społeczeństwo przyjęło niemalże bezkrytycznie.

Jednak obserwując tę sztukę, ten manifest skierowany do zwykłego ulicznego odbiorcy, ma się wrażenie, że jest to bunt raczej rozpaczliwy. Bunt wątpiący w swą słuszność.

Tak, jakby świadomość przesądzonej walki, odbierała siły.

A bywało odwrotnie.

“Tron dodaje godności, ale tylko przez kontrast z otaczającą go pokorą, to pokorność podwładnych stwarza potęgę tronu i nadaje jej sens, bez niej tron jest tylko dekoracją, niewygodnym fotelem o wytartym pluszu i pokrzywionych sprężynach. Tron na bezludnej pustyni – to kompromitacja.”

Z serii ‘nieco bardziej intymnie’.

Przyzwyczailiśmy się do bycia raczej rozczarowanym z jakości świadczonej w naszym kraju opieki zdrowotnej. I w gruncie rzeczy narzekanie to nie jest bezzasadne, a służba zdrowia rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia. Mało jest lekarzy, których moglibyśmy z czystym sercem polecić i mało jest lekarzy, do których przychodzimy z przyjemnością (ograniczoną oczywiście, bo jak wiemy konieczność korzystania z ich usług nie jest bynajmniej powodowana przez czynniki przyjemne) i którym oddajemy swoje zdrowie z zaufaniem. Tym większym zaskoczeniem jest natrafienie na takiego właśnie lekarza. I to w dodatku lekarza stomatologa!

Upowszechnił się mit sadystycznego dentysty, któremu przyjemność sprawia zadawanie bólu pacjentom, oraz oferowanie im dodatkowych usług, nie opłacanych przez narodowy fundusz. Swego czasu sam doświadczyłem czegoś takiego, oddając zęby w ręce kobiety, której nie można zarzucić delikatności, a która w dodatku wyglądała jak pijana ośmiornica (doświadczenie to z lat dziecięcych, na długo zapadło mi w pamięć i spowodowało traumę , która przez pewien czas nie pozwalała mi zbliżać się do zakładu dentystycznego).Tymczasem leczenie dentystyczne może być czymś całkiem przyjemnym. Nawet w naszym kraju!

Pani S. zaskakuje mnie wciąż. Jest szybko, sprawnie, bezboleśnie. Ma rękę pewną i godną zaufania. Poza tym, jej aparycji także niewiele można zarzucić, a troska z jaką podejmuje się wykonywania swojej pracy nastawia mnie do niej tym bardziej pozytywnie. I znikają wszelkie traumy i człowiek z uśmiechem umawia się na kolejną wizytę.

Co ciekawe, pani S. nie pochodzi z Polski, lecz zza jej wschodniej granicy. To chyba wiele tłumaczy.

Fotografem nie jestem. Wszelkie moje doświadczenia z tą formą sztuki, sprowadzają się do uczestnictwa w jednodniowych warsztatach (w dosyć odległej przeszłości’), oraz do w miarę regularnego i w miarę czynnego oglądania dzieł, które akurat wpadły mi w rękę.
Swoją drogą podobnie jest z malarstwem, rzeźbą, czy też innymi dziedzinami sztuki, mogącymi mieć cokolwiek wspólnego z ASP, ale nie o tym…

Bo chyba nie każdy powinien robić zdjęcia. I nie mam na myśli profesjonalnej fotografii. Od dawna wiadomo, że jest to zajęcie wymagające nie tylko pewnej wrażliwości artystycznej, ale także swoistej ’smykałki’ do tegoż. Co udowadniane jest nam coraz częściej, zważając na rosnącą popularność tego zajęcia i podpieranie go publikacjami owoców pracy w sieci, organizowanymi konkursami, czy wystawami… Do rzeczy.

Wydawać by się mogło, że fotografia, albo raczej robienie zdjęć, które ma na celu jedynie udokumentowanie pewnych faktów- uwiecznienie widzianych rzeczy ‘dla siebie’ z ewentualną możliwością podzielenia się z innymi- jest czymś banalnie prostym i nie wymaga umiejętności bardziej wysublimowanych niż naciśnięcie spustu. Otóż, bardzo zdziwić się może ktoś, kto myśli w ten sposób. Okazuje się, że i do tego trzeba mieć choć odrobinę zmysłu, bo w niektórych przypadkach nawet najwspanialszy aparat niewiele może zdziałać, a drżąca ręka nie jest- jak mogło by się wydawać- największym problemem. I otrzymujemy papkę, na której nic nie widać, a która ma nam coś powiedzieć o fotografowanym obiekcie.
Pół biedy, jeśli takie zdjęcia trafiają do naszego prywatnego albumu i możemy do nich wracać, kiedy chcemy (lub wcale nie wracać). Gorzej, jeśli mają być one upublicznione. Zastosowane jako dokumentacja pewnych zdarzeń. Wtedy nie do końca wiadomo, kto powinien się wstydzić…

Inspirowane dwoma zupełnie odmiennymi spojrzeniami na pewne wydarzenie, czynionymi podobnym sprzętem, lecz zupełnie niepodobnym okiem.
Liczba dwa jest tutaj bardzo ważna i ratuje niektórym życie ( a przynajmniej zakończenie pleców).

Statystyka

  • 3,793
Add to Technorati Favorites
omlk@o2.pl

ja:

Patrzący trochę zbyt z boku. Czasem nieobecny. Amator teatru, amator muzyki, amator literatury, amator myślenia. Amator.

Na bieżąco.