… nikt tego tak do końca nie rozumiał. Nikt nie mógł pojąć, że On potrafi tak po prostu się odciąć. Że czasami musi się uwolnić…
Początkowo tolerowali to bez problemu. Przecież nie robił tego zbyt często, zawsze wracał uśmiechnięty, radosny, pełny sił do dalszego działania. Przecinanie wszystkich krepujących sznurów, odzyskiwanie wolności z daleka od ulicznego zgiełku, od bliskich i tych nieco dalszych, od codzienności pozwalało mu sprawnie funkcjonować w społeczeństwie. Początkowo tolerowali…
Niewielu zwróciło uwagę, że zaczął robić to coraz częściej. Że ilość tych „wypadów” wzrastała właściwie z miesiąca na miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień. Tym, którzy to zauważyli, stopniowo przestał się podobać ów „autsajderyzm”. Potrzebowali Go, ponieważ przyzwyczaili się do tego, że był. Że mogli na niego liczyć, że ich wspierał, zawsze potrafił rozwiązać problem, znaleźć wyjście z sytuacji. Za to go kochali…
Nikt nie jest niezastąpiony. W momencie, kiedy przestał być, a tylko bywał blisko, znajdowali innych. Niezawodnych. A On powoli znikał w cieniu. Zapominali. Kto nie zapomniał, lub nie znalazł zastępcy, musiał cierpieć. Tych kilku osób żal Mu było najbardziej. Wiedział, że albo je zostawi, albo się wyczerpie i już na zawsze zabraknie mu sił by nieść swoją misję światu.
Nie za bardzo zdawał sobie sprawę z tego, jak wielka ciąży na nim odpowiedzialność. Brał we własne ręce losy innych ludzi, wyjaśniał im życiowe zakręty, wskazywał drogę, przenosił przez rwące rzeki problemów tak, by mogli dotknąć drugiego brzegu suchą stopą. Poświęcał się.
Każde takie poświęcenie kosztowało go niesamowitą ilość energii. Dopóki był młody, a tobołek Jego osobistych doświadczeń lekki, robił to bez większych problemów. Czerpał siły z własnej młodości i tylko od czasu do czasu regenerował je w ciszy i skupieniu. Wraz z procesem starzenia i nabierania doświadczeń, coraz więcej sił poświęcał na wydobywanie samego siebie z różnorakich bagien. Nie potrafił znieść tego, że zaniedbywał potrzebujących, dlatego coraz częściej uciekał, by doładować się, wrócić i „zrobić swoje”. I tak na okrągło…
Po pewnym czasie postanowił przestać dbać o siebie. Po prostu brnął w kłopoty nic sobie z tego nie robiąc. Był szczęśliwy że wreszcie odzyskał dawne siły, że mógł robić to co potrafił najlepiej. Że był.
Nie przeszło mu nawet przez myśl, ze w ten sposób może zrobić coś złego. Porzucając samego siebie, nie zdawał sobie sprawy, ze nie jest tak zupełnie sam, że porzucił Kogoś jeszcze. Nie miał pojęcia.
Dopiero kiedy zobaczył te piękne, urzekające i zawsze żywe… zapłakane, zrozumiał.
Nieco za późno…