You are currently browsing the monthly archive for marzec, 2008.
Na mojej drodze (myśli) stanęła kolejna debata. Wypowiem się. Czemu nie?
Pytają o sposób na niebezpiecznych kierowców. Kogo pytają? Czyż nie ich samych. Mimo, że to początek dyskusji dopiero, mam już swoje przypuszczenia na temat tego, jak będzie wyglądała ona pod koniec… Logika?
„jeżdżę szybko, bo mi się spieszy. Gdybym jechał zgodnie ze znakami, to teraz bylibyśmy 50 km do tyłu…”
Znam to… bardzo dobrze znam… tak jak historię kilku chłopaków, którzy razu pewnego postanowili wybrać się do sklepu. Nie jechali szybko, tylko niesprzyjająca aura (prawdopodobnie) nieco utrudniła im drogę. Efektem były kolejne zajęte miejsca na cmentarzu…płacz rodziców i rodzeństwa. Nie jechali szybko…
Moim zdaniem problem polskich kierowców nie sprowadza się tylko do alkoholu, czy nadmiernej prędkości. Jest to dużo bardziej rozbudowana kwestia, wynikająca być może z kilku narodowych cech (Tak, wiem, że pociąg do alkoholu jest uznawany za jedną z takich cech. Dlatego nie wykluczam problemu kierowców „po spożyciu” na drogach, tylko go pomijam.). Przecież niewiele narodów świata może poszczycić się takim chamstwem i brakiem kultury osób prowadzących pojazdy mechaniczne. Dlaczego kierowca, zatrzymujący się przed przejściem dla pieszych, najczęściej ma zagraniczną rejestrację, lub jest kobietą(kieruję tu ukłony w stronę pań, których mocniej rozwinięta empatia każe im zlitować się nad losem biednego pieszego)? Ciekawy jest też fakt przyspieszania na widok pieszego na pasach. Naprawdę interesujące przyciąganie…
Piractwo na polskich drogach ma wyraźnie egoistyczne podłoże. „Jadę i nikt inny mnie nie obchodzi” jest domeną wielu polskich kierowców. Zbyt wielu. Nieraz prowadzący pojazd ma klapki na oczach i nie obserwuje tego, co się dzieje. A na drodze trzeba myśleć nie tylko za siebie, ale także za innych. Warunek to trudny do wykonania, zwłaszcza dla „statystycznego Polaka”. A może przesadzam w tym piętnowaniu negatywnych, polskich cech? Może te zachowania na drodze są spowodowane zwyczajną nadzieją? Nadzieją na to, że może się uda. Że zdążę, że inny kierowca domyśli się, co chcę zrobić i odpowiednio zareaguję. Że inni myślą za mnie, bo skoro jeden myśli za siebie i za innych, to właściwie ci inni myśleć nie muszą…
W konsekwencji- nie myśli nikt. Stąd może te wypadki. Spowodowane zwykłą bezmyślnością, egoizmem, bądź- jak wskazują nam statystyki- nieznajomością przepisów! Trochę wstyd panowie kierowcy. Trochę wstyd, zważając na to ilu młodych „oblewa” egzaminy na prawo jazdy.
Swoja drogą, biorąc pod uwagę fakt, jak ciężko od pewnego czasu zdać taki egzamin w naszym kraju(nie mówię tu o zdawaniu „z kopertą”), można wróżyć polskim drogom lata odnowy. Bo chyba można mieć pewność, że egzaminy na prawo jazdy odbywają się rzetelnie i uczciwie, a młodzi kierowcy typowani są z grona tych najlepszych? (Nie jestem zbyt naiwny?) A jeśli kierowcy będą dobrzy, to i może rozsądniejsi…
Podobno w kraju coraz częstsze są inicjatywy dotyczące instalacji fotoradarów. Podobno ma być ich coraz więcej i mają skutecznie powstrzymać kierowców od zbyt szybkiej jazdy. Czy się sprawdzą- czas pokaże. We Francji się sprawdziły… Jednak jak mawiał Napoleon „Polak przeskoczy…”
Co do alkoholu, to w Polsce pomogłaby tylko ustawa o prohibicji, a i to nie jest takie pewne…
Tradycja???
pierwsze podejście nieco nieudane. cóż… wyraźnie wyszedłem z wprawy, aczkolwiek nie poddaję się.
Z kategorii tych pożytecznych, nie robionych od dawna. Z kategorii psychologia, społeczeństwo. Z kategorii człowiek…
Nowe zadanie pojawia się na horyzoncie. Nowe aczkolwiek nie zaskakujące. Przecież w czasach świetności wykonywane niemalże „rutynowo”. Z naturalną łatwością. Z poczuciem odpowiedzialności. Rodzi się pytanie, czy w dalszym ciągu będę tak potrafił? Czy nie wyszedłem z wprawy po tak długim okresie czasu? Może moje obecne nastawienie do świata będzie stwarzało problemy. Uniemożliwi mi wykonanie tej „misji”…
Tym razem jest nieco inaczej. Nazywam, to co zrobię, „misją”, ponieważ zostało mi to zlecone…
Powodzenia! (sobie życzę, a jak?=])
Wierzę…
Być może jest to spowodowane moimi życiowymi doświadczeniami, może to umysł, który nie potrafi wytłumaczyć sobie pewnych faktów, skłania mnie do wiary, może ze strachu…
Bo tak naprawdę ciężko wyobrazić sobie, ze coś tak łatwego jak śmierć, może być końcem. Bo nie potrafiłbym pogodzić się z faktem, że cała moja droga prowadzi do nikąd…
…I oczekuję wskrzeszenia umarłych…
Łatwo zauważyć, że ludzie, którzy bezpośrednio stykają się ze śmiercią, mają zupełnie inne podejście do życia. Dużo większy dystans. Ich doświadczenia, przeżycia, każą im myśleć, mówić i żyć inaczej. Najbardziej widoczne jest to wśród tych, którzy na co dzień narażają swoje życie. Oni milcząco zgadzają się na śmierć. Podporządkowali już jej swoje życie. Oni nie zajmują się sprawami błahymi, każdą swoja czynność potrafią celebrować, a ich słowa są rzadkie, lecz starannie przemyślane i pełne sensu. Każdy ich dzień jest wyjątkowy, bo pamiętają o tym, że może być ostatni. Każdego dnia jest ich mniej…
…I życia wiecznego w przyszłym świecie…
Cały mój umysł skierowuje mnie na to jedno stwierdzenie. Że po śmierci musi Coś być. Że to byłoby zbyt proste, tak zwyczajnie sobie umrzeć i pozamykać wszystkie rozdziały. Że to życie nie ma sensu, jeśli się skończy… bez możliwości dalszego trwania. Że to tak naprawdę ciągłe oczekiwanie. Oczekiwanie wypełnione starannymi przygotowaniami, od których zależeć będzie jakość tego, na co oczekujemy. Choć tak naprawdę nawet nie wiemy, na co…
…Amen.

