W biegu człowiek nie zwraca uwagi na szczegóły, świat wokół rozmazuje się i nie można mu się przyjrzeć. Biegnąc, człowiek, nie widzi istoty sprawy, widzi tylko drogę. Własną drogę bez wyrazu, bez sensu. Drogę zbyt długą, by mógł na niej biec. Na której szybko pada z wycieńczenia. Której przejście zajęłoby mu więcej czasu, jednak byłoby skuteczniejsze i doprowadziłoby go do celu. Biegnąc, człowiek nie pozwala drodze niczego go nauczyć. Nie potrafi wyciągnąć odpowiednich wniosków z ukształtowania terenu, kolejnych zakrętów, warunków atmosferycznych. Nie zważa na nic, co nie wpisuje się w jego bieg. Koncentruje się zbyt mocno na pracy mięśni, równym oddechu, odpowiedniej technice, czy czasie biegu. A potem pada- w połowie drogi.
Bieg nie pozwala człowiekowi swobodnie myśleć. “Wszystkie wielkie myśli rodzą się podczas marszu.” Dopiero, kiedy człowiek zwalnia, może poznać swoją drogę. Pozna ją, obserwując przydrożne drzewa, chroniąc się w ich cieniu. Doceni ten cień. Przyglądając się małej mrówce, którą droga prowadzi w poprzek drogi człowieka, zrozumie cel i sens ciężkiej pracy. Idąc powoli w porę dostrzeże wszystkie pułapki i bezpiecznie je ominie…
Nie w moim stylu… zupełnie nie w moim stylu, jednak, może warto się zastosować? Bo te 40 dni i 40 nocy raczej zmarnowałem. Nie były takie jakbym tego chciał, lecz mimo to i tak chyba najpełniejsze od dawna. Niestety czuję niedosyt i to nie dlatego, że dziś post. Właściwie nie dotarł do mnie ten post. Nie znalazłem jego istoty. Mam nie jeść, to nie jem, nie zastanawiając się dlaczego. Może wieczorem się wyciszę i pomyślę… wciąż czuję niedosyt, a w tym roku nawet aura nie pozwala odczuć atmosfery świąt. Świąt pachnących zwykle wczesną wiosną, kolorowanych młodymi roślinami, jasnym niebem. Tym razem pachną tylko ciastem. Może wystarczy tyle?