Cisza. Jak w oku cyklonu. Kiedy wydaje się, że już po wszystkim. Ustaje wiatr, wszystko się uspokaja. Cała przyroda zamiera w bezruchu. Wokół milknie świat. W oddali odbija się jeszcze echem szum wiatru, ale wydaje się on tak odległy, że aż nierzeczywisty. Rzeczywiście. Wydaje się. Doświadczeni wiedzą, że za chwilę nadejdzie kolejne, burzliwe wydarzenie. Że ta cisza jest tylko momentem na odpoczynek. Otrząśnięcie się z pierwszego szoku, nabranie sił.

Ta sobotnia cisza musiała być przepełniona rozpaczą. Kiedy nie wiedzieli, na co czekają? W głowach rodziły się setki pytań. Zastanawiali się co teraz zrobią, co dalej? Uwierzyli, że to już koniec. Musieli zmierzyć się z rzeczywistością bez Niego. Nie wyobrażali sobie tego. Nie wyobrażali sobie dalszej drogi. Zamarli w bezruchu.

Sobota to dzień, w którym nic się nie wydarzyło. Nic ważnego. Sobota to grób, to pustka, to straże, to strach, to zwątpienie. Sobota nie istnieje w ludzkiej świadomości jako wigilia Zbawienia. Sobota to… jajka?

I nawet brak czasu, na refleksję. Bo jest tyle do zrobienia. Bo jakoś tak nie wiadomo po co? Bo trzeba dokończyć sprzątanie, gotowanie. Przygotować się do Niedzieli, której i tak nie przeżyjemy jak trzeba.

A w kościele… wystarczy przykucnąć (Tak. Przyjrzyjmy się- mało kto klęka.) poświęcić co trzeba i wrócić do domu. Z zadowoleniem na twarzy, bo przecież „obowiązek” spełniony, a nie wymagał on zbyt wiele czasu.
Fajne te Święta. Szkoda tylko zająca z czekolady…