Brak motywacji, by zabrać się do pisania. No, może bardziej brak koncepcji, bo motywacja jest. Ciska mnie w fotel i każe myśleć nad przekazaniem czegoś wartościowego. Czegoś pobudzającego do refleksji, błyskotliwego, z czego można wyciągnąć wnioski. Chce, bym swawolnie bawiąc się słowem, doprowadził potencjalnego czytelnika do tego jakże przyjemnego stanu, kiedy refleksja przychodzi do głowy sama z siebie, inspirowana przeczytanym tekstem. I kiedy pomysł już, już się pojawia. Kiedy już prawie wiem, o czym chcę napisać, jakich słów użyć. Kiedy przychodzi ten stan, górnolotnie zwany natchnieniem, coś -częściej ktoś- ściąga mnie za nogi na Ziemię. Ach…
I powraca gorzki smak rzeczywistości…
Trzeba zacząć jeszcze raz. Po pierwszej, bezowocnej próbie wzniesienia się mojej osobowości, próbie niebanalnego wyrażenia myśli, po pierwszym upadku. Podnieść się i spróbować.
Uff…
A właściwie, to na jakich zasadach ewoluują stosunki międzyludzkie?
Każda znajomość, przyjaźń, koleżeństwo. Także więzy rodzinne. Wszystkie one ulegają zmianom. Myślę, że w „typowej” znajomości można wyróżnić kilka etapów:
Pierwszym jest poznanie się. Przypadkowe spotkanie, rozmowa w pociągu, autobusie. Wspólni znajomi. Wiadomo- takich sytuacji może być wiele. W tym stadium rozwoju jesteśmy czujnymi obserwatorami. W ciągu tego spotkania wyrabiamy sobie zdanie na temat danej osoby, oceniamy jej wygląd, charakter. Staramy się wyciągnąć jak najwięcej z naszych obserwacji. Dzieje się tak oczywiście tylko jeśli dana osoba nas zainteresowała (tak, tak. Pierwsze wrażenie jest ogromnie ważne.)
Następnie, w zależności od wyciągniętych wniosków, decydujemy się (bądź też nie), na rozwinięcie znajomości. Czasem dzieje się to bez naszej wiedzy i zgody. Kiedy nagle zauważamy, że ona po prostu jest. Czasem dana osoba, wbrew naszej woli, stara się za wszelką cenę rozwinąć znajomość. Zajmijmy się jednak przypadkiem, w którym to my przejmujemy inicjatywę.
Kiedy już postanawiamy podjąć kroki, w celu bliższego zapoznania, znajomość nagle przyspiesza. Długie rozmowy, częstsze spotkania, szukanie okazji do nich.
A potem mamy cały wachlarz możliwości. Możemy puścić naszą znajomość w dryf. Doprowadzając ją do pewnego bezpiecznego poziomu, nie ustawiając na żadnym kursie. Dając jej trwać, tak bezcelowo, powoli i spokojnie. Możemy w dalszym ciągu ją rozwijać, próbując uczynić z niej coś pięknego. Naciągając maszty i ustawiając konkretny kurs- pilotować ją wprost do celu (To, czy dotrzemy, to tylko kwestia naszych umiejętności żeglowania po ludzkich osobowościach.). Nasza znajomość może także zwolnić. Kiedy pierwsze, pozytywne wrażenie okazuje się tym błędnym, pozostaje nam opuścić szalupę i oddalić się, w dowolnym kierunku.
To tyle, jeśli chodzi o „typową” znajomość. Niektóre z elementów czasem są pomijane, lub wyglądają w zupełnie inny sposób. Cóż, takie jest życie.
Chciałbym rozważyć znajomość niezwykłą. Znajomość, która pojawia się nie wiadomo kiedy. Która bardziej trwaniem obok i płynięciem w tym samym kierunku, niż okupowaniem tej samej łodzi. Znajomość, która znosi wszystkie sztormy, wiatry i burze. Której nic nie jest w stanie zatopić. Która nie jest uzależnieniem, lecz wzajemną pomocą.
Bo ciężko przewidzieć rozwój takiej znajomości. Nie wiadomo, w jakim kierunku się płynie. Nie ma ona obranego celu. Jest milczącym pokonywaniem przeszkód. Ramię w ramię, burta w burtę.
Jednak przychodzi czasem taki moment, ze pora się rozdzielić. Za milczącą zgodą obu stron odległość między łodziami się oddala. Smutne to, ale piękne. Bo ta wspólnie przebyta droga ukształtowała silne ramiona dwóch żeglarzy, którzy będą mogli płynąć niezależnie od siebie. Którzy wokół siebie mogą zgromadzić słabszych i mniej doświadczonych i ostrzegać ich przed pułapkami, czyhającymi gdzieś w odmętach. Wykładać tajemnice technik żeglarskich, prowadzić, być nauczycielem i opiekunem. Dwóch żeglarzy, którzy spotkają się po latach w tawernie i opowiedzą sobie całą swoją historię dwoma słowami:
-pamiętasz?
-pamiętam…
I powracam na Ziemię. Tym razem bez niczyjej pomocy. Skończyło się…


2 comments
Comments feed for this article
styczeń 10, 2009 @ 6:24 pm
dana
Myślę, że inspiracją do opisanej przez Ciebie, niezwyklej znajomości był fragment z ostatniego rozdziału “Twierdzy” Exupery’ego, mówiący o przyjaźni dwóch ogrodników. Przyznam, że dla mnie to wyjątkowo wzruszająca historia i sama zastanawiałam się nieraz co ja powiedziałabym przyjacielowi po wieloletniej rozłące. A Twoje “pamiętasz?” wydaje mi się równie trafne, jak to “Dziś rano przycinałem róże…”
styczeń 10, 2009 @ 8:04 pm
omlk
dziękuję za komplement, ale inspiracją nie była “Twierdza”, a moje życie i doświadczenia metaforycznie zmodyfikowane =]. “Twierdzę” przeczytałem dopiero w te wakacje, a wpis jest z marca… wcześniej nie zauważyłem tego podobieństwa, ale może to dlatego, żę nie pamiętałem o tej notce.
Pozdrawiam!