You are currently browsing the monthly archive for kwiecień 2008.
Bo właściwie to nic złego. Komercja jest rzeczą normalną, z którą społeczeństwo przeszło już do porządku dziennego. Mamy ją wszędzie wokół, wiec skąd ten sprzeciw?
Non omne, quod nitet…
Jednak to „wokół” nie oddaje wszystkiego. Dużo łatwiej odgrodzić się od niej, kiedy nas ona nie dotyczy. Kiedy jest obok, kiedy możemy odwrócić wzrok i zająć się swoimi sprawami. Sytuacja nieco się komplikuje, kiedy „komercha” staje nam na drodze do spełniania naszych marzeń. Kiedy jest bramą, przez którą trzeba przejść, by osiągnąć cel. Dopiero wtedy rodzą się problemy. Od tych błachych, dotyczących robienia rzeczy, których nie lubimy, po te istotniejsze, uwzględniające nasz brak umiejętności „sprzedania się”. Dokonanie wyboru dalszej trasy to niesamowita męka moralna dla każdego wartościowego człowieka. Bo z jednej strony pieniążki kuszą, kuszą, a z drugiej gryzie sumienie. Bo z jednej strony jest łatwo, a z drugiej trzeba będzie się męczyć. Taka ocena sytuacji doprowadza wielu do wniosku, że warto się sprzedać. Łatwa korzyść materialna i perspektywa takiego życia wygląda dosyć obiecująco. A jeśli przy okazji sobie obiecamy, ze kiedy „się ustawimy” i zdobędziemy pewien „prestiż”, to zaczniemy robić to, czego chcieliśmy, przestajemy mieć wątpliwości. I w ten sposób rodzą się „Rubikowi”,„Feelowi”, „serialowi”, „castingowi”, jednym słowem „popkulturowi” gracze. I nakręcają rynek. I wszyscy są zadowoleni. W takim wypadku po co wracać do marzeń, skoro ich niespełnienie przyniosło tak ogromne korzyści? I nie wrócą. Bo kiedy będą mogli- nie będą chcieli, a kiedy będą chcieli- będzie już za późno. I zginą pożarci przez marketing.
Obserwujemy tę sytuację nieraz. Ona też jest codziennością. Społeczne, niewiele wymagające gusty, zadowalają się tylko próbkami i nie pozwalają istnieć dłużej. Inteligentny i poważny odbiorca, już na starcie sięgnie na tę drugą półkę. Wybierze tego, który się nie sprzedał i pozostanie mu wierny na długo. Bo wie, ile wymagało to od niego pracy, ile wyrzeczeń. Bo wie, że jego przekaz jest szczery i niesplamiony. Bo ten drugi jest prawdziwy. A zresztą- jak w tytule.
…aurum est.
Z dedykacją dla wszystkich, których sytuacja zmusiła do dokonania błędnego wyboru.
Małe miasteczka. Te na uboczu, odsunięte od zgiełku cywilizacji. Które, w dobie przemysłu, stały się miejscem odpoczynku i zamieszkania pracowników fizycznych. Hutników, górników, chroniących się tu przed hałasem fabryk i gorącem hut.
Małe miasteczka, które wypracowały swoje własne struktury, swoje rozrywki kulturalne. W których (pozornie) mało co mogło się rozwinąć. Które żyją swoim własnym, spokojnym, prostym życiem. Gdzie wychodząc na ulicę dość szybko można spotkać kogoś znajomego. Gdzie nie ma obcych twarzy.
Małe miasteczka, w których tylko marzenie o rozwoju, potędze. Których mieszkańcy rzadko zanurzają się w odmęty świata wokół.
I kiedy my, przyzwyczajeni do spokoju tych małych miasteczek, musimy zetknąć się z ogromem dużych miast, wtedy jakoś tak nieprzyjemnie. Przerost, przeładowanie. Czujemy się zagubieni i maleńcy w mieście, które chce nas pożreć. Gryzie nas w nozdrza spalinowa mieszanka, zwana przez ludność autochtoniczną „powietrzem”. Denerwuje wszechobecny hałas i pęd. Straszą chodniki pełne ludzi bez celu i wyrazu. Gnających bezmyślnie przed siebie. Odrzuca perspektywa pobytu tam dłużej.
Szkoda, że tak łatwo przywyknąć. Że po pewnym czasie nie zauważamy już tych różnic. Zwłaszcza, kiedy większość czasu spędzamy tam, z dala od rodzinnego miasteczka. Bo miasto faktycznie pożera. Wciąga w swój rytm, uzależnia… Nawet nie wiemy, kiedy stajemy się jego częścią? Maleńkim trybikiem w ogromnej machinie. Łączymy się z miastem tworząc nierozerwalną strukturę, spajamy się z nim, wrastamy w nie.
I dopiero podczas wolnej chwili, podczas samotnego spaceru wieczorem w małym miasteczku, wraca świadomość…
Zadanie wypełnione. Polały się łzy, ktoś się wzruszył, może zamyślił. I o to chodziło! Cudowne jest poczucie wypełnionej misji. Cudowne, choć okupione niebywałym cierpieniem i ciężką pracą. Cudowne, bo człowiek czuje, że coś znaczy, że jest czymś więcej, że „to przemijanie ma sens”!
Tak. Ostatni spektakl jest niezbitym dowodem na to, że „aktorstwo to: krew, pot i łzy”.
Ja chcę jeszcze raz!!!
27 marca 2008- 06 kwietnia 2008r.
praca, praca, praca.
Trzy spektakle…
dwa już za mną- pozostał najtrudniejszy.
(Bo nowy… bo niezwykły, bo wyczerpujący, bo najważniejszy do tej pory, bo wypełniony ogromem zaufania mojej osobie, bo dla Papy…)
Carpe… Carpe Diem!!!
Trzymam się jeszcze. Moze nawet trochę pośpię…
a potem jeszcze koncerty, konkursy i nadrabianie zaległości.

