Małe miasteczka. Te na uboczu, odsunięte od zgiełku cywilizacji. Które, w dobie przemysłu, stały się miejscem odpoczynku i zamieszkania pracowników fizycznych. Hutników, górników, chroniących się tu przed hałasem fabryk i gorącem hut.
Małe miasteczka, które wypracowały swoje własne struktury, swoje rozrywki kulturalne. W których (pozornie) mało co mogło się rozwinąć. Które żyją swoim własnym, spokojnym, prostym życiem. Gdzie wychodząc na ulicę dość szybko można spotkać kogoś znajomego. Gdzie nie ma obcych twarzy.
Małe miasteczka, w których tylko marzenie o rozwoju, potędze. Których mieszkańcy rzadko zanurzają się w odmęty świata wokół.
I kiedy my, przyzwyczajeni do spokoju tych małych miasteczek, musimy zetknąć się z ogromem dużych miast, wtedy jakoś tak nieprzyjemnie. Przerost, przeładowanie. Czujemy się zagubieni i maleńcy w mieście, które chce nas pożreć. Gryzie nas w nozdrza spalinowa mieszanka, zwana przez ludność autochtoniczną „powietrzem”. Denerwuje wszechobecny hałas i pęd. Straszą chodniki pełne ludzi bez celu i wyrazu. Gnających bezmyślnie przed siebie. Odrzuca perspektywa pobytu tam dłużej.
Szkoda, że tak łatwo przywyknąć. Że po pewnym czasie nie zauważamy już tych różnic. Zwłaszcza, kiedy większość czasu spędzamy tam, z dala od rodzinnego miasteczka. Bo miasto faktycznie pożera. Wciąga w swój rytm, uzależnia… Nawet nie wiemy, kiedy stajemy się jego częścią? Maleńkim trybikiem w ogromnej machinie. Łączymy się z miastem tworząc nierozerwalną strukturę, spajamy się z nim, wrastamy w nie.
I dopiero podczas wolnej chwili, podczas samotnego spaceru wieczorem w małym miasteczku, wraca świadomość…


No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu