You are currently browsing the monthly archive for luty, 2009.
Moja wątroba mnie nienawidzi. Z całą pewnością z chęcią zmieniłaby właściciela. Nie! Nie to nie jest wina alkoholu. Problem rozbija się o sprawy znacznie mi bliższe…
Mój styl życia, jak i wynikające zeń obowiązki mają jedną wspólną cechę. Mianowicie nie pozwalają mi na spędzenie choćby kilku dni w łóżku. Skutkuje to tym, że nie jest mi dane porządne „odchorowanie” choroby, toteż normalne funkcjonowanie i sprawność zapewniają mi różnego rodzaju leki.
Niejednokrotnie niegroźne przeziębienie zamieniało się w miesięczny maraton wiecznie zakatarzonego nosa i bolącego gardła, ogłupiany środkami usuwającymi objawy. Często chwilowe niedomaganie nie przeszkadzało mi w maksymalnej eksploatacji organizmu. Nic, że czasem kończyło się wieczornym lądowaniem w łóżku z podwyższoną temperaturą. Rano znów trzeba być w pełni sił.
I tak faszeruję się medykamentami, moja wątroba szaleje, moje życie ma szanse na ciągłe trwanie w niezmienionym biegu, a mój organizm kiedyś upomni się o swoje…
gospodarka rabunkowa?
Śmierć -prochy ludzkie, proch czarny, proszek na ból głowy, proch artyleryjski, trumna, prochowiec, rozkład, urna, kremacja, Holocaust, Auschwitz, popiół, ziemia, nawóz, roślina, natura- życie!
„-wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” Rdz. 2.7
-trup, pocisk, narkotyk, zamach bombowy, worek na zwłoki, moda, smród, popielniczka, stos, obcy, gorszy, dym, niebo, deszcz, dwutlenek węgla, cywilizacja- ?
„W pocie więc oblicza twego
będziesz musiał zdobywać pożywienie,
póki nie wrócisz do ziemi,
z której zostałeś wzięty;
bo prochem jesteś
i w proch się obrócisz.”
Rdz 3.19
Bo wydawać by się mogło, że Środa wystarczy. Że następne dopiero święcenie jajek, i Wielkanocne śniadanie…
A przecież to tylko początek! Podnóże góry…
Kiedy miasteczko X nawiedziła powódź, mieszkańcy nie potrzebowali zbyt wiele czasu na ewakuację. Zagrożenie klęską było realne już dosyć długo, więc wszyscy byli odpowiednio przygotowani. Niewielkiej grupce uciekających w ostatnim momencie przypomniało się, że proboszcz miejscowej parafii od dawna ostentacyjnie bagatelizował informacje o zbliżającym się żywiole. Gdy, brodząc w wodzie, wrócili się po księdza, zastali go w drewnianym kościółku. Modlił się. Nie chciał słyszeć o ewakuacji i postanowił zostać na swoim miejscu, argumentując upór stwierdzeniem, że jest sługą Pana i jeśli będzie istniało zagrożenie życia, Pan z pewnością nie pozwoli mu zginąć. Siła argumentów duchownego skłoniła parafian do zostawienia go w spokoju.
Tymczasem woda sięgała coraz wyżej i wyżej. Kościółek nie był wysoki. Proboszcz, w swojej wierności Bogu, postanowił poszukać schronienia na dachu. Wobec podpływającej na motorówce jednostki strażackiej zachował się podobnie, jak wobec mieszkańców. Nie pozwolił zdjąć się z dachu, wierząc że Pan go uratuje. Ratownicy odpłynęli, co nie zmieniło faktu, że woda, jak to woda podczas powodzi, znów podniosła swój poziom. Ostatnim ratunkiem dla księdza, zaczepionego o kościelną wieżę, był wojskowy helikopter krążący nad zalanym miastem. Jednak i tym razem proboszcz nie pozwolił na ludzką ingerencję w zamiary Boga, który z pewnością nie dopuści do śmierci wiernego sługi.
Kiedy brudna woda pochłonęła już upartego duchownego, a sam duchowny znalazł się przed tronem Pana, „wierny Sługa” nie ukrywał swojego niezadowolenia z zaistniałej sytuacji:
-Panie! Przecież zawsze służyłem Ci wiernie, nawróciłem tyle owieczek, prostowałem ścieżki ludzkie, pomagałem ludziom iść Twoją drogą… Dlaczego pozwoliłeś mi umrzeć?
-Głupcze! Przecież trzy razy ludzi po Ciebie posyłałem!
Ta prosta historia, zasłyszana kiedyś w formie dowcipu, w której prawdopodobnie nie występuje żadna zbieżność osób, nazwisk bądź wydarzeń (a jeśli występuje to z pewnością jest całkowicie przypadkowa), wydaje mi się bardzo adekwatna do wielu postaw ludzkich. Dlatego pozostawię ją bez komentarza. Jak i bez komentarza pozostawię to, co skłoniło mnie do wygrzebania owej historyjki z pamięci.
Aby tradycji stało się zadość, aby wyciszyć się nieco i zrelaksować, aby spędzić kilka chwil z samym sobą. Móc w spokoju zamyślić się, odpłynąć.
Aby choć raz nie pędzić co sił do domu, do kolejnych obowiązków i pracy. By zostawić za sobą codzienność, zwyczajność i szarość.
Aby pobyć w przyjemnej i miłej atmosferze, wśród uśmiechu zawsze życzliwych wobec klienta sprzedawczyń. Oserwować zagonione twarze osób, które wpadły tylko na chwilę. Napelnić oczy ciężkim i klasycznym połączeniem brązu z zielenią, nozdrza wyczulić na zapachy słodyczy…
Delektując się zapachem i smakiem dobrej kawy uzupełniać niedobory cukru w organizmie…
ot. Tłusty Czwartek by Blikle.
Wystarczyło, że wypowiedziała kilka zdań. Wystarczyło, że tempo mówienia i ton głosu uległy kilku starannie przemyślanym modyfikacjom. Wystarczyło, że zechciała, a serca poruszyły się. Oczy otwarły, ciało poczuło. W głowach pojawiła się niezwykła jasność i czystość…
Zabrała nas w zupełnie inny świat. Świat, w którym sama czuła się dobrze, który porywał nagą emocją, koił dźwiękiem. W którym zakwitały kwiaty, waliły się fortece, otwierały wszystkie bramy. Zabrała nas w Świat, który tylko Ona mogła opowiedzieć. Tylko Ona czuła i poznała jego piękno, istotę i prostotę…
a potem zabrakło słów…

