Kiedy miasteczko X nawiedziła powódź, mieszkańcy nie potrzebowali zbyt wiele czasu na ewakuację. Zagrożenie klęską było realne już dosyć długo, więc wszyscy byli odpowiednio przygotowani. Niewielkiej grupce uciekających w ostatnim momencie przypomniało się, że proboszcz miejscowej parafii od dawna ostentacyjnie bagatelizował informacje o zbliżającym się żywiole. Gdy, brodząc w wodzie, wrócili się po księdza, zastali go w drewnianym kościółku. Modlił się. Nie chciał słyszeć o ewakuacji i postanowił zostać na swoim miejscu, argumentując upór stwierdzeniem, że jest sługą Pana i jeśli będzie istniało zagrożenie życia, Pan z pewnością nie pozwoli mu zginąć. Siła argumentów duchownego skłoniła parafian do zostawienia go w spokoju.
Tymczasem woda sięgała coraz wyżej i wyżej. Kościółek nie był wysoki. Proboszcz, w swojej wierności Bogu, postanowił poszukać schronienia na dachu. Wobec podpływającej na motorówce jednostki strażackiej zachował się podobnie, jak wobec mieszkańców. Nie pozwolił zdjąć się z dachu, wierząc że Pan go uratuje. Ratownicy odpłynęli, co nie zmieniło faktu, że woda, jak to woda podczas powodzi, znów podniosła swój poziom. Ostatnim ratunkiem dla księdza, zaczepionego o kościelną wieżę, był wojskowy helikopter krążący nad zalanym miastem. Jednak i tym razem proboszcz nie pozwolił na ludzką ingerencję w zamiary Boga, który z pewnością nie dopuści do śmierci wiernego sługi.
Kiedy brudna woda pochłonęła już upartego duchownego, a sam duchowny znalazł się przed tronem Pana, „wierny Sługa” nie ukrywał swojego niezadowolenia z zaistniałej sytuacji:
-Panie! Przecież zawsze służyłem Ci wiernie, nawróciłem tyle owieczek, prostowałem ścieżki ludzkie, pomagałem ludziom iść Twoją drogą… Dlaczego pozwoliłeś mi umrzeć?
-Głupcze! Przecież trzy razy ludzi po Ciebie posyłałem!
Ta prosta historia, zasłyszana kiedyś w formie dowcipu, w której prawdopodobnie nie występuje żadna zbieżność osób, nazwisk bądź wydarzeń (a jeśli występuje to z pewnością jest całkowicie przypadkowa), wydaje mi się bardzo adekwatna do wielu postaw ludzkich. Dlatego pozostawię ją bez komentarza. Jak i bez komentarza pozostawię to, co skłoniło mnie do wygrzebania owej historyjki z pamięci.


2 comments
Comments feed for this article
luty 28, 2009 @ 4:00 pm
dana
A gdyby tę znaną historię ubrać w inne motywy. Początkowo ów proboszcz zostaje, by chronić kościół przed złodziejami (plagą wszelkich kataklizmów). Potem, z obawy o bezpieczeństwo innych, nie wsiada do przepełnionej już motorówki. No i nie chce ryzykować losów załogi helikoptera, gdyż w pobliżu kościelnej wieży przebiega linia wysokiego napięcia lub, jak kto woli, rosną monstrualne drzewa utrudniające ewentualny ratunek.
Zamiast egoizmu – altruizm, zamiast żartu – łza.
BTW ( nie przechodząc do kończącego luty posta) życzę odporności na miarę potrzeb. Mój motyw – Twoje dobre samopoczucie.
luty 28, 2009 @ 8:38 pm
omlk
może i tak. Ale czy wtedy ta historia coś by wniosła? Na pewno nie przekazałbym tego, co chciałem przekazać…
Dziękuję za troskę!