Moja wątroba mnie nienawidzi. Z całą pewnością z chęcią zmieniłaby właściciela. Nie! Nie to nie jest wina alkoholu. Problem rozbija się o sprawy znacznie mi bliższe…
Mój styl życia, jak i wynikające zeń obowiązki mają jedną wspólną cechę. Mianowicie nie pozwalają mi na spędzenie choćby kilku dni w łóżku. Skutkuje to tym, że nie jest mi dane porządne „odchorowanie” choroby, toteż normalne funkcjonowanie i sprawność zapewniają mi różnego rodzaju leki.
Niejednokrotnie niegroźne przeziębienie zamieniało się w miesięczny maraton wiecznie zakatarzonego nosa i bolącego gardła, ogłupiany środkami usuwającymi objawy. Często chwilowe niedomaganie nie przeszkadzało mi w maksymalnej eksploatacji organizmu. Nic, że czasem kończyło się wieczornym lądowaniem w łóżku z podwyższoną temperaturą. Rano znów trzeba być w pełni sił.
I tak faszeruję się medykamentami, moja wątroba szaleje, moje życie ma szanse na ciągłe trwanie w niezmienionym biegu, a mój organizm kiedyś upomni się o swoje…
gospodarka rabunkowa?


No comments yet
RSS dla komentarzy tego wpisu