Feed on
Wpisy
Komentarze

Do dzieła…!

Z kategorii tych pożytecznych, nie robionych od dawna. Z kategorii psychologia, społeczeństwo. Z kategorii człowiek…

Nowe zadanie pojawia się na horyzoncie. Nowe aczkolwiek nie zaskakujące. Przecież w czasach świetności wykonywane niemalże „rutynowo”. Z naturalną łatwością. Z poczuciem odpowiedzialności. Rodzi się pytanie, czy w dalszym ciągu będę tak potrafił? Czy nie wyszedłem z wprawy po tak długim okresie czasu? Może moje obecne nastawienie do świata będzie stwarzało problemy. Uniemożliwi mi wykonanie tej „misji”…

Tym razem jest nieco inaczej. Nazywam, to co zrobię, „misją”, ponieważ zostało mi to zlecone…

Powodzenia! (sobie życzę, a jak?=])

…ale nie wiem, dlaczego?

Wierzę…

Być może jest to spowodowane moimi życiowymi doświadczeniami, może to umysł, który nie potrafi wytłumaczyć sobie pewnych faktów, skłania mnie do wiary, może ze strachu…
Bo tak naprawdę ciężko wyobrazić sobie, ze coś tak łatwego jak śmierć, może być końcem. Bo nie potrafiłbym pogodzić się z faktem, że cała moja droga prowadzi do nikąd…

…I oczekuję wskrzeszenia umarłych…

Łatwo zauważyć, że ludzie, którzy bezpośrednio stykają się ze śmiercią, mają zupełnie inne podejście do życia. Dużo większy dystans. Ich doświadczenia, przeżycia, każą im myśleć, mówić i żyć inaczej. Najbardziej widoczne jest to wśród tych, którzy na co dzień narażają swoje życie. Oni milcząco zgadzają się na śmierć. Podporządkowali już jej swoje życie. Oni nie zajmują się sprawami błahymi, każdą swoja czynność potrafią celebrować, a ich słowa są rzadkie, lecz starannie przemyślane i pełne sensu. Każdy ich dzień jest wyjątkowy, bo pamiętają o tym, że może być ostatni. Każdego dnia jest ich mniej…

…I życia wiecznego w przyszłym świecie…

Cały mój umysł skierowuje mnie na to jedno stwierdzenie. Że po śmierci musi Coś być. Że to byłoby zbyt proste, tak zwyczajnie sobie umrzeć i pozamykać wszystkie rozdziały. Że to życie nie ma sensu, jeśli się skończy… bez możliwości dalszego trwania. Że to tak naprawdę ciągłe oczekiwanie. Oczekiwanie wypełnione starannymi przygotowaniami, od których zależeć będzie jakość tego, na co oczekujemy. Choć tak naprawdę nawet nie wiemy, na co…

…Amen.

Kuter…

Franz Radziwill “Kosmos można zniszczyć, ale Nieba nie” 1953

Franz Radziwill

“Kosmos można zniszczyć, ale Nieba nie” 1953

a to taka mała, pozostająca w klimatach marynistycznych, propozycja kulturalna…

Brak motywacji, by zabrać się do pisania. No, może bardziej brak koncepcji, bo motywacja jest. Ciska mnie w fotel i każe myśleć nad przekazaniem czegoś wartościowego. Czegoś pobudzającego do refleksji, błyskotliwego, z czego można wyciągnąć wnioski. Chce, bym swawolnie bawiąc się słowem, doprowadził potencjalnego czytelnika do tego jakże przyjemnego stanu, kiedy refleksja przychodzi do głowy sama z siebie, inspirowana przeczytanym tekstem. I kiedy pomysł już, już się pojawia. Kiedy już prawie wiem, o czym chcę napisać, jakich słów użyć. Kiedy przychodzi ten stan, górnolotnie zwany natchnieniem, coś -częściej ktoś- ściąga mnie za nogi na Ziemię. Ach…

I powraca gorzki smak rzeczywistości…

Trzeba zacząć jeszcze raz. Po pierwszej, bezowocnej próbie wzniesienia się mojej osobowości, próbie niebanalnego wyrażenia myśli, po pierwszym upadku. Podnieść się i spróbować.

Uff…

A właściwie, to na jakich zasadach ewoluują stosunki międzyludzkie?

Każda znajomość, przyjaźń, koleżeństwo. Także więzy rodzinne. Wszystkie one ulegają zmianom. Myślę, że w „typowej” znajomości można wyróżnić kilka etapów:
Pierwszym jest poznanie się. Przypadkowe spotkanie, rozmowa w pociągu, autobusie. Wspólni znajomi. Wiadomo- takich sytuacji może być wiele. W tym stadium rozwoju jesteśmy czujnymi obserwatorami. W ciągu tego spotkania wyrabiamy sobie zdanie na temat danej osoby, oceniamy jej wygląd, charakter. Staramy się wyciągnąć jak najwięcej z naszych obserwacji. Dzieje się tak oczywiście tylko jeśli dana osoba nas zainteresowała (tak, tak. Pierwsze wrażenie jest ogromnie ważne.)
Następnie, w zależności od wyciągniętych wniosków, decydujemy się (bądź też nie), na rozwinięcie znajomości. Czasem dzieje się to bez naszej wiedzy i zgody. Kiedy nagle zauważamy, że ona po prostu jest. Czasem dana osoba, wbrew naszej woli, stara się za wszelką cenę rozwinąć znajomość. Zajmijmy się jednak przypadkiem, w którym to my przejmujemy inicjatywę.
Kiedy już postanawiamy podjąć kroki, w celu bliższego zapoznania, znajomość nagle przyspiesza. Długie rozmowy, częstsze spotkania, szukanie okazji do nich.
A potem mamy cały wachlarz możliwości. Możemy puścić naszą znajomość w dryf. Doprowadzając ją do pewnego bezpiecznego poziomu, nie ustawiając na żadnym kursie. Dając jej trwać, tak bezcelowo, powoli i spokojnie. Możemy w dalszym ciągu ją rozwijać, próbując uczynić z niej coś pięknego. Naciągając maszty i ustawiając konkretny kurs- pilotować ją wprost do celu (To, czy dotrzemy, to tylko kwestia naszych umiejętności żeglowania po ludzkich osobowościach.). Nasza znajomość może także zwolnić. Kiedy pierwsze, pozytywne wrażenie okazuje się tym błędnym, pozostaje nam opuścić szalupę i oddalić się, w dowolnym kierunku.
To tyle, jeśli chodzi o „typową” znajomość. Niektóre z elementów czasem są pomijane, lub wyglądają w zupełnie inny sposób. Cóż, takie jest życie.
Chciałbym rozważyć znajomość niezwykłą. Znajomość, która pojawia się nie wiadomo kiedy. Która bardziej trwaniem obok i płynięciem w tym samym kierunku, niż okupowaniem tej samej łodzi. Znajomość, która znosi wszystkie sztormy, wiatry i burze. Której nic nie jest w stanie zatopić. Która nie jest uzależnieniem, lecz wzajemną pomocą.
Bo ciężko przewidzieć rozwój takiej znajomości. Nie wiadomo, w jakim kierunku się płynie. Nie ma ona obranego celu. Jest milczącym pokonywaniem przeszkód. Ramię w ramię, burta w burtę.
Jednak przychodzi czasem taki moment, ze pora się rozdzielić. Za milczącą zgodą obu stron odległość między łodziami się oddala. Smutne to, ale piękne. Bo ta wspólnie przebyta droga ukształtowała silne ramiona dwóch żeglarzy, którzy będą mogli płynąć niezależnie od siebie. Którzy wokół siebie mogą zgromadzić słabszych i mniej doświadczonych i ostrzegać ich przed pułapkami, czyhającymi gdzieś w odmętach. Wykładać tajemnice technik żeglarskich, prowadzić, być nauczycielem i opiekunem. Dwóch żeglarzy, którzy spotkają się po latach w tawernie i opowiedzą sobie całą swoją historię dwoma słowami:
-pamiętasz?
-pamiętam…

I powracam na Ziemię. Tym razem bez niczyjej pomocy. Skończyło się…

Wolny Tybet!!!

Fair play. Free Tibet.

Źle się dzieje, więc pomogę. Chociaż tyle mogę zrobić… a i jeszcze odsyłam TUTAJ. Nie bądźmy bierni.

„Takich ludzi niektórzy stawiają w jednym rzędzie z toreadorami albo ryzykantami. Podziwiają ich pogardę śmierci. Ale ja kpię sobie z pogardy śmierci. Jeśli nie tkwi korzeniami w poczuciu odpowiedzialności, jest jedynie oznaką ubóstwa albo nadmiernej młodości. Znałem pewnego młodzieńca, który targnął się na życie. Nie pamiętam już, jaki zawód miłosny skłonił go do tego, że strzelił sobie dokładnie w samo serce. Nie wiem, jakiej pokusie literackiej uległ wkładając białe rękawiczki, ale pamiętam, że ten smutny przepych zrobił na mnie wrażenie nie szlachetności, lecz nędzy. A więc za tą miłą twarzą, pod tą męską czaszką nie było nic, nic oprócz obrazu jakiejś głupiutkiej dziewczyny, takiej jakich wiele.”

Sobota…

Cisza. Jak w oku cyklonu. Kiedy wydaje się, że już po wszystkim. Ustaje wiatr, wszystko się uspokaja. Cała przyroda zamiera w bezruchu. Wokół milknie świat. W oddali odbija się jeszcze echem szum wiatru, ale wydaje się on tak odległy, że aż nierzeczywisty. Rzeczywiście. Wydaje się. Doświadczeni wiedzą, że za chwilę nadejdzie kolejne, burzliwe wydarzenie. Że ta cisza jest tylko momentem na odpoczynek. Otrząśnięcie się z pierwszego szoku, nabranie sił.

Ta sobotnia cisza musiała być przepełniona rozpaczą. Kiedy nie wiedzieli, na co czekają? W głowach rodziły się setki pytań. Zastanawiali się co teraz zrobią, co dalej? Uwierzyli, że to już koniec. Musieli zmierzyć się z rzeczywistością bez Niego. Nie wyobrażali sobie tego. Nie wyobrażali sobie dalszej drogi. Zamarli w bezruchu.

Sobota to dzień, w którym nic się nie wydarzyło. Nic ważnego. Sobota to grób, to pustka, to straże, to strach, to zwątpienie. Sobota nie istnieje w ludzkiej świadomości jako wigilia Zbawienia. Sobota to… jajka?

I nawet brak czasu, na refleksję. Bo jest tyle do zrobienia. Bo jakoś tak nie wiadomo po co? Bo trzeba dokończyć sprzątanie, gotowanie. Przygotować się do Niedzieli, której i tak nie przeżyjemy jak trzeba.

A w kościele… wystarczy przykucnąć (Tak. Przyjrzyjmy się- mało kto klęka.) poświęcić co trzeba i wrócić do domu. Z zadowoleniem na twarzy, bo przecież „obowiązek” spełniony, a nie wymagał on zbyt wiele czasu.
Fajne te Święta. Szkoda tylko zająca z czekolady…

« Newer Posts - Older Posts »