Feed on
Wpisy
Komentarze

A panowie i panie strajkują. I nie byłoby w tym nic dziwnego. Ba! Może nawet byłoby to dobrym pomysłem, gdyby nie kilka drobnych szczegółów…

(Oczywiście popieram strajk. Uważam, że nauczycielom należą się bardziej godziwe warunki pracy ale…)

W Polsce poziom wiedzy, umiejętności i kwalifikacji sporej części nauczycieli jest niestety mierny. Nie powiem, że beznadziejny, bo mogło być gorzej, jednak pozostawia wiele do życzenia. Często ich nauczanie to po prostu odczytanie regułki, czy przedyktowanie książki. Potem sprawdzian, i znowu to samo. I jeszcze się skarżą, że uczniowie ich nie szanują, ale jak szanować kogoś, kto do swojej pracy podchodzi z tak nikłym zapałem? I pomyśleć, że do tego zawodu mają powołanie…

Niedawno byłem świadkiem, nawet uczestnikiem praktyk jednego z młodych przyszłych nauczycieli. Można to ująć jednym słowem- dno. Ta osoba nie posiadała bodaj jednej cechy dobrego nauczyciela. Jej predyspozycje były tak nikłe, że nieraz poprawiali ją uczniowie (oczywiście, na pewno to przez ten stres), jednak brak umiejętności komunikacyjnych, oraz przekazywania wiedzy (możliwe, że całkiem sporej), oraz osobowość szkolnego kujona (we właściwym tego słowa znaczeniu), dyskwalifikował tę osobę już na starcie. I nic nie pomagały porady i wskazówki nauczyciela „prowadzącego” (do którego zresztą mam kilka zastrzeżeń, lecz do złych go nie zaliczam), praktykant czołgał się po dnie zawodu nauczyciela. Była to chyba taka osoba, która w szkole zawsze była prymusem i postanowiła w tej szkole zostać. Gdzie w tym powołanie? Praktykę zaliczyła…

Możecie mówić, że jeszcze się uczy, że to zbyt młody wiek… jednak kolejny praktykant, z którym miałem do czynienia, już na starcie zapowiada się świetnie. Interesujący i skuteczny sposób prowadzenia lekcji, ogromna wiedza, chęć współpracy z młodzieżą. Umiejętności dydaktyczne tej osoby znacznie przewyższają umiejętności obecnego nauczyciela… Na lekcje z nią uczniowie przychodzą z prawdziwą przyjemnością. Łatwo zauważyć nawet odmienny stosunek “trudnej” ponoć klasy, do dobrze zapowiadającego się nauczyciela. Oby więcej takich…

Prawdziwych nauczycieli, takich z powołaniem, umiejętnościami, wiedzą i pasją poznałem w swoim życiu kilku. Dziwnym trafem- Oni nie strajkują.

Mimo wszystko, wszystkim - powodzenia! (Moze coś się zmieni.)

inteligent

Trudno opisać jak bardzo ich nienawidził. Teraz czuł to wyraźnie. Czuł ten ogromny, niewyjaśniony żal. Do wszystkich, którzy sprawili, że uwierzył w siebie. Uwierzył, że jest wystarczająco DOBRY w tym co robi.

Nie stało się to tak z dnia na dzień. Dosyć długo bronił się przed słowami życzliwych mu ludzi. Nie wierzył im i miał się z tym dobrze. Miał wystarczającą motywację do ciągłej pracy nad sobą, do zaciskania zębów i mierzenia się z kolejnymi zadaniami. Robił to tylko dla własnej, tajemnej przyjemności. Nie potrzebował pochwał, czy też nagród. Wystarczała mu świadomość samodoskonalenia. To ona dodawała mu skrzydeł. Robił to, co kochał, próbował wszystkiego po trochu i opanowanie tego choćby w podstawowym stopniu nie sprawiało mu trudności. Nie robił sobie nic z niepowodzeń. To trochę dziwne, ale zupełnie się nimi nie przejmował. Można by pomyśleć, że pozbawiony był ambicji, że robił to wszystko dla siebie. Imponował im, więc go chwalili. Uważali go nie tylko za świetnego w tym co robi, ale również za wspaniałego, wartościowego człowieka. Nie kryli tego przed nim i to go zgubiło. Zaczął wierzyć.

Nie można tej wiary w siebie nazwać pychą. Był raczej skromny, choć wielu w jego sytuacji zachowywało się zupełnie inaczej. Po prostu zaczął wierzyć w siebie. Wierzyć, że to co robi, może mu zapewnić godziwą przyszłość, że nie będzie miał problemów ze znalezieniem pracy, utrzymaniem rodziny. Tak! Nawet zaczął myśleć o rodzinie, choć nigdy nie wpisywał jej do swoich planów na przyszłość. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie…

-Słuchaj! A kim ty masz zamiar być? Co będziesz robił, kiedy się ustatkujesz?

To pytanie pojawiło się w jego życiu odrobinę za późno. Jego szereg umiejętności, mimo że atrakcyjnych, nie pozwalał mu prowadzić statecznego życia. Nie mógł być prawnikiem, ekonomem, handlowcem, lekarzem. Nie nadawał się nawet na sprzedawcę hamburgerów… To pytanie uświadomiło mu, że jest raczej nikim… że nie założy rodziny, bo nie jest w stanie znieść świadomości, że mógłby jej nie utrzymać. Zdał sobie sprawę, że do końca życia będzie w biegu. Że nigdzie nie zagrzeje miejsca. Że będzie to robił za marne pieniądze…
Nie zdawał sobie wcześniej sprawy z tego, jak ważna dla niego jest kasa. Wiecznie na garnuszku rodziców nie musiał się martwić o pieniądze. Po drodze załapał się też na jakieś stypendium, więc do tej pory żył raczej godziwie. Niczego mu nie brakowało…

I nagle go oświeciło. Znalazł drogę i sposób na rozwiązanie problemów, wyładowanie frustracji…

Został mordercą.

Prawda broni się sama…

Bo właściwie to nic złego. Komercja jest rzeczą normalną, z którą społeczeństwo przeszło już do porządku dziennego. Mamy ją wszędzie wokół, wiec skąd ten sprzeciw?

Non omne, quod nitet…

Jednak to „wokół” nie oddaje wszystkiego. Dużo łatwiej odgrodzić się od niej, kiedy nas ona nie dotyczy. Kiedy jest obok, kiedy możemy odwrócić wzrok i zająć się swoimi sprawami. Sytuacja nieco się komplikuje, kiedy „komercha” staje nam na drodze do spełniania naszych marzeń. Kiedy jest bramą, przez którą trzeba przejść, by osiągnąć cel. Dopiero wtedy rodzą się problemy. Od tych błachych, dotyczących robienia rzeczy, których nie lubimy, po te istotniejsze, uwzględniające nasz brak umiejętności „sprzedania się”. Dokonanie wyboru dalszej trasy to niesamowita męka moralna dla każdego wartościowego człowieka. Bo z jednej strony pieniążki kuszą, kuszą, a z drugiej gryzie sumienie. Bo z jednej strony jest łatwo, a z drugiej trzeba będzie się męczyć. Taka ocena sytuacji doprowadza wielu do wniosku, że warto się sprzedać. Łatwa korzyść materialna i perspektywa takiego życia wygląda dosyć obiecująco. A jeśli przy okazji sobie obiecamy, ze kiedy „się ustawimy” i zdobędziemy pewien „prestiż”, to zaczniemy robić to, czego chcieliśmy, przestajemy mieć wątpliwości. I w ten sposób rodzą się „Rubikowi”,„Feelowi”, „serialowi”, „castingowi”, jednym słowem „popkulturowi” gracze. I nakręcają rynek. I wszyscy są zadowoleni. W takim wypadku po co wracać do marzeń, skoro ich niespełnienie przyniosło tak ogromne korzyści? I nie wrócą. Bo kiedy będą mogli- nie będą chcieli, a kiedy będą chcieli- będzie już za późno. I zginą pożarci przez marketing.

Obserwujemy tę sytuację nieraz. Ona też jest codziennością. Społeczne, niewiele wymagające gusty, zadowalają się tylko próbkami i nie pozwalają istnieć dłużej. Inteligentny i poważny odbiorca, już na starcie sięgnie na tę drugą półkę. Wybierze tego, który się nie sprzedał i pozostanie mu wierny na długo. Bo wie, ile wymagało to od niego pracy, ile wyrzeczeń. Bo wie, że jego przekaz jest szczery i niesplamiony. Bo ten drugi jest prawdziwy. A zresztą- jak w tytule.

…aurum est.

Z dedykacją dla wszystkich, których sytuacja zmusiła do dokonania błędnego wyboru.

Małe miasteczka. Te na uboczu, odsunięte od zgiełku cywilizacji. Które, w dobie przemysłu, stały się miejscem odpoczynku i zamieszkania pracowników fizycznych. Hutników, górników, chroniących się tu przed hałasem fabryk i gorącem hut.

Małe miasteczka, które wypracowały swoje własne struktury, swoje rozrywki kulturalne. W których (pozornie) mało co mogło się rozwinąć. Które żyją swoim własnym, spokojnym, prostym życiem. Gdzie wychodząc na ulicę dość szybko można spotkać kogoś znajomego. Gdzie nie ma obcych twarzy.
Małe miasteczka, w których tylko marzenie o rozwoju, potędze. Których mieszkańcy rzadko zanurzają się w odmęty świata wokół.

I kiedy my, przyzwyczajeni do spokoju tych małych miasteczek, musimy zetknąć się z ogromem dużych miast, wtedy jakoś tak nieprzyjemnie. Przerost, przeładowanie. Czujemy się zagubieni i maleńcy w mieście, które chce nas pożreć. Gryzie nas w nozdrza spalinowa mieszanka, zwana przez ludność autochtoniczną „powietrzem”. Denerwuje wszechobecny hałas i pęd. Straszą chodniki pełne ludzi bez celu i wyrazu. Gnających bezmyślnie przed siebie. Odrzuca perspektywa pobytu tam dłużej.

Szkoda, że tak łatwo przywyknąć. Że po pewnym czasie nie zauważamy już tych różnic. Zwłaszcza, kiedy większość czasu spędzamy tam, z dala od rodzinnego miasteczka. Bo miasto faktycznie pożera. Wciąga w swój rytm, uzależnia… Nawet nie wiemy, kiedy stajemy się jego częścią? Maleńkim trybikiem w ogromnej machinie. Łączymy się z miastem tworząc nierozerwalną strukturę, spajamy się z nim, wrastamy w nie.

I dopiero podczas wolnej chwili, podczas samotnego spaceru wieczorem w małym miasteczku, wraca świadomość…

« Nowsze Posty - Starsze wpisy »